Z Kutaisi przez Martvili – Gachedili – Zugdidi do Mestii

Następnego dnia z trudem zwlekliśmy się z wyrka i po zjedzeniu śniadanka ruszyli w drogę. Nieopatrznie obraliśmy dość skomplikowaną drogę do Martvili, które było naszym pierwszym celem tego dnia. W miejscowości Tskaltubo ruszyliśmy na Khoni drogą gdzie przysłowiowy sołtys właśnie zwinął asfalt. Teoretycznie droga utwardzona, ale tylko teoretycznie. W tym kontekście całkiem zabawne były oraniczenia prędkości podobne do tego:

Niedługo dojechaliśmy na miejsce czyli monastyr w Martvili. Samo Martvili to niewielka miejscowość, która jak kada miejscowość w Gruzji usiana jest ruinami i niedokończonymi budowlami z okresu sowieckiego. Monastyr zaś znajduje się na wzniesieniu ponad miejscowością. Budynek wzniesiony został na korzeniach starego dębu, który był czczony tutaj w czasach pogańskich. Stąd też lokalna nazwa monastyru Martvili-Chkondidi (od dębu). Jeden z duchownych oprowadził nas po monastyrze i jak to często bywa w Gruzji wywiązała się rozmowa na temat Polski.

Nasz następny cel, póki co nie jest zbyt uczęszczany przez zagranicznych turystów. W każdym bądź razie gdy pokonaliśmy 6 kilometrów do Gachedili nad rzekę Abasha, okazaliśmy się być jedynymi obcokrajowcami w okolicy. Gruzini organizują krótkie spływy na pontonach pod wodospad na rzece. Sam wodospad nie jest szczególnie imponujący ale krasowy wąwóz wyrzeźbiony w skale zapierał dech w piersiach i jest naprawdę godzien polecenia. Najfajniejsze jest to, że na razie organizacja spływów polega na zupełnej samowolce. W każdym bądź razie w Europie właściwej bez pozwoleń i złożonej organizacji pewnie by się nie obyło.

 

Wracając z nad wodospadu zaskoczyła nas ulewa tropikalna. Zanim pontony dopłynęły do przystani i wdrapaliśmy się na wzniesienie gdzie pozostawiliśmy auto byliśmy doszczętnie przemoczeni. Wdrapywanie się na wzniesienie podczas ulewy tropikalnej okazało się nie lada wyzwaniem. Na nogach mieliśmy klapki a wzniesienie zamieniło się w koryto dla rzeki błota. Przy samochodzie rozdzialiśmy się do majtek i ruszyliśmy dalej. Ulewa oczywiście skończyła się tak szybko jak się zaczęła. W jednej z wiosek nieopodal pomnika upamiętniającego Wielką Wojnę Ojczyźnianą ale też wojnę z 2008 roku dokonaliśmy pitstopu gospodarczego i przebrali w suche ubrania.

Rzecz jasna wszystko odbywało się pod stałym nadzorem lokalnego gremium.

Naszym celem dzisiaj była Mestia. Ruszyliśmy więc w drogę do Zugdidi, które okazało się typowym post-sowieckim miasteczkiem nie wyróżniającym się niczym oprócz tego, że tam zaczyna się trasa do Mestii w Svaneti.

Trasę pokonaliśmy dość szybko, choć pod koniec już w ciemnościach. Droga wiodła wpierw malowniczymi zboczami nad zaporą i zalewem współdzielonym z Abchazją a później typową górską drogą ale o doskonałej nawierzchni.

 

Już po ciemku dojechaliśmy do Mestii gdzie nasza sympatyczna gospodyni Marta przygotowała wspaniałe Svaneckie potrawy z dużymi ilościami wszechobecnego sera Sulguni. Później udaliśmy się na krótki spacer w celu uwiecznienia Svaneckich wież w nocy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Nasze plecaki na płocie są ciekawostką rozwiesiłem je na płocie aby wyschły (były mokre jeszcze po przejściach w Gachedili). Zapomniałem jednak wyjąć jednego z naszych portfeli z połową naszych funduszy….na szczęście następnego dnia pieniądze nadal znajdowały się w plecaku.🙂

 

 

 

This entry was posted in Gachedili, Martvili, Mestia, ogólne, Svaneti and tagged , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s